JAREK

Miał urok Bona, pasję Malcolma, gitarę Angusa … chyba dlatego zaczęliśmy grać AC/DC…
Nie cierpiał dymu z papierochów, nienawidził „ballad rockowych”, wkurzał się, jak śpiewałem po flamandzku , opierdalał za „wtopy” na koncertach, godzinami kłócił się z Darkiem o to, ze ma być „gis” a nie „g”, pokazywał Gabiemu, jak śpiewać chórki w T.N.T , a z Andrzejem konsultował akcenty do „Gone shootin’” przy bimbrze z „Żółtego Namiotu” … potrafił po wydaniu „Stiff Upper lip” wpisać do dziennika temat: Słuchanie nowej płyty AC/DC… a kiedy Był na kilku promilach i siłą odciągaliśmy Go od próby przepłynięcia wpław jeziora, z uśmiechem tłumaczył, że jest przecież po AWF-ie….

Obsługa kilkudziesięciu przydrożnych punktów gastronomicznych w całej Polsce miała przesrane, kiedy Jarek zadawał dziesiątki szczegółowych pytań, o jakość proponowanych produktów z karty… a że posiadał nieodparty urok osobisty, to kelnerki chętnie na pytania odpowiadały…. Kiedyś po koncercie w Lublinie Odwiózł nas do domu mimo totalnej śnieżycy i horroru na drodze…. dla wielu z Was grał na skrzypcach na początku tzw. „nowej drogi”, dla wielu grał na końcu….

Przytaczam te wyrwane ze zwojów wspomnienia o Człowieku, który kochał AC/DC jak Franz Maurer Polskę- „bezapelacyjnie i do samego końca” żeby … no właśnie…. Żeby co? Chyba tylko po to, żebyśmy spojrzeli na siebie w codziennym życiu inaczej. Żebyśmy byli „dla siebie „ nie -„sobie”…. Bo tak naprawdę ważne jest „tu i teraz”…. „TAM”, gdzie rzekomo udajemy się „PO” ,wcale nie jest tak fajnie, bo nikt „TAM” nie chce iść…. A jak już, to bardzo ten moment wszyscy bardzo odwlekamy…po prostu: chcemy żyć…

Jarek Bardzo Chciał….